#Co_dalej?
#Co_dalej?
Joanna M. Kociszewska
Lubię pytać: co dalej? Osiągnęliśmy jakiś etap? Coś się wydarzyło, co zupełnie zmieniło sytuację? To nigdy nie jest koniec. To zawsze wyzwanie. Początek nowej drogi. "Co dalej?" to podkast dla tych, którzy nie boją się szukać i pytać. Zapraszam w każde sobotnie popołudnie.
Świat (pseudo)chrześcijański
Instytut Kultury św. Jana Pawła II na Angelicum w Rzymie zorganizował w tym roku akademickim cykl Wykładów Janopawłowych. Gościem siódmego z kolei była prof. Chantal Delsol, filozof, pisarka i profesor filozofii politycznej, która wygłosiła wykład na temat końca świata chrześcijańskiego. Uwaga: świata chrześcijańskiego, nie chrześcijaństwa jako takiego. Mówimy o panującym sposobie myślenia, o filozofii, z której wynika rzeczywistość społeczna. polityczna i kulturowa. Świat chrześcijański od dwustu lat heroicznie się broni - mówiła prelegentka. Obecnie, wobec postnowoczesności, umiera. Słucham jednak opisu świata, którego upadek Pani profesor wieści, i… zupełnie go nie żałuję. Świat, którego filary to m.in. hierarchia, autorytet i przymus, świat odrzucający wolność sumienia, świat w którym „kolonizacja była działaniem szlachetnym i godnym uznania, podobnie jak tortury i kolejne wojny” (cytat z wykładu), a „pedofilia postrzegana była jako środek zaradczy, utrzymywany, by chronić rodziny i instytucje” (to kolejny cytat) był głęboko chory i daleki od chrześcijaństwa. Tak, ten, który powstaje, pochwalający aborcję czy samobójstwo, nie jest lepszy. Ale trudno go nazwać gorszym. Wolałabym ewolucję od rewolucji. Nawrócenie od przewrotu. Ale nie ma takiej opcji. Mijającego świata broni się całościowo, razem z tym, co w nim nieewangeliczne. Zatem i odrzucony zostanie w całości, to co w nim złe i to co dobre. Bardzo bym chciała, by nasza codzienność była przeniknięta chrześcijańskim myśleniem. Ale tylko pod warunkiem, że będzie ono naprawdę chrześcijańskie. Co to znaczy? Że podstawą działania w każdym przypadku będzie miłość Boga i człowieka. Każdego człowieka, bez wyjątku. Miłość zakłada szacunek. Miłość daje wolność. To nie znaczy, że rezygnuje z prawdy i nazywania dobra dobrem, a zła złem. Skoro organizatorzy powołują się na Jana Pawła II, to może trzeba przypomnieć jego słowa, że człowiek jest powołany do wolności, a być wolnym, to móc i chcieć wybierać, to żyć zgodnie ze swym sumieniem. Pojmowanie chrześcijaństwa jako religii przymusu jest dramatycznym jego wypaczeniem i powodem, dla którego ludzie dziś odchodzą od wiary. Pragnienie wolności jest w nas i jest Bożym darem. Nie da się go zabić. Człowiek, który zakosztuje wolności, nie chce już wracać w niewolę. Chyba, że zostanie złamany. Wolność wyraża się w dokonywaniu wyborów, które oznaczają też przyjęcie odpowiedzialności. Za siebie i innych. Odpowiedzialność z kolei nie zabiera wolności. Jezus Chrystus czyni ludzi wolnymi i odpowiedzialnymi. Wyprostowanymi i zdolnymi wyruszyć w drogę. Nie miotającymi się między kolejnymi przymusami. Tam gdzie jest lęk nie ma miłości. I nie ma Boga. Nasz świat się zmienia. Może w tym nowym świecie Kościół nie będzie miał władzy. Szczerze mówiąc: oby tak się stało. Władza Kościołowi szkodzi. Może moralność nie będzie wsparta prawem, nawet w kwestiach najistotniejszych i trzeba będzie z tym żyć. Ale to wszystko ziemskie przywileje, a nasza ojczyzna jest przecież w niebie. Może trzeba będzie swoich wyborów bronić i je uzasadniać, bo już nie będą naturalne, wynikające ze społecznych zwyczajów. Dzięki temu być może znów staniemy się znakiem dla świata. Świat potrzebuje Ewangelii, nie systemów, które ją udają. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
May 15, 2021
3 min
Kościół na straży
"Kościół nie jest od tego, by patrzył władzy na ręce. Od tego są w naszym państwie parlament i Najwyższa Izba Kontroli.” To zdanie abp Jędraszewskiego z wywiadu dla „Niedzieli” wzbudziło spore emocje. Szkoda, że zwrócono uwagę akurat na ten fragment. Kontynuacja niepokoi mnie znacznie bardziej. Metropolita krakowski mówi bowiem: „Zadaniem Kościoła jest głosić Ewangelię i stać na straży dobra wspólnego oraz narodu polskiego ochrzczonego w 966 r.”, a chwilę później, powołując się na Jana Pawła II, dodaje, że „fundamentem wspólnego dobra, w tym także demokracji, musi być prawo Boże.” Cóż. Jestem przekonana, że Kościół nie powinien stać się opozycją, podobnie jak nigdy nie powinien stać się władzą. Obie pozycje są równie niepożądane. Kościół jest od tego, by wszystkim głosić Ewangelię i wobec wszystkich bronić człowieka. Przede wszystkim tego człowieka, który jest ubogi, prześladowany czy poniżany. Ma bronić jego życia i jego ludzkiej godności, która zakłada także wolność. Wobec wszystkich, którzy mają na nią zakusy. Niepokoi mnie natomiast, jeśli słyszę, że Kościół ma stać na straży „narodu polskiego ochrzczonego”. Drogą Kościoła jest człowiek, nie naród. Żaden, także polski. Drogą Kościoła jest człowiek. Każdy, nie tylko ochrzczony. Kościół, jeśli chce być wierny Ewangelii, nie może żadnego człowieka wyróżniać. Bóg jest Bogiem wszystkich. Także Żydów, muzułmanów czy ateistów. Jest Bogiem grzeszników i tych, którzy nie pamiętają, że nimi są. Skoro powołujemy się na św. Stanisława, to przypomnijmy, że bronił przed okrucieństwem króla m.in. zbuntowanych rycerzy i wiarołomnych żon. To jest wymiar jego świętości. Niepokoi mnie także stwierdzenie, że „fundamentem demokracji musi być prawo Boże”. Tak, zgadzam się, że prawo Boże wypisane w ludzkich sercach jest najlepszym gwarantem dobra wspólnego. Pod warunkiem, że pamiętamy, że całe Prawo i Prorocy sprowadzają się do dwóch przykazań: miłości Boga i miłości bliźniego. Jeśli jakiekolwiek przepisy postawimy ponad tym prawem uchylimy prawo Boże, by swoje zwyczaje zachować. Niekoniecznie w państwie, w którym żyją ludzie różnych wyznań, religii i kultur należy prawo Boże przekładać wprost na prawo państwowe. Kościół który oczekuje od władzy obrony narodu i wiary zamiast obrony każdego człowieka nie jest wierny Bogu i Ewangelii. Nawet, jeśli ma ją nieustannie na ustach. Papież Franciszek w Orędziu na 107. Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy tak pisze o Bożym planie wobec świata i człowieka: „Bóg stworzył nas jako mężczyznę i kobietę, istoty różne i uzupełniające się, abyśmy razem tworzyli my, które miało stale rosnąć wraz pomnażaniem się pokoleń. Bóg stworzył nas na swój obraz, na obraz swego Jednego i Trójjedynego istnienia, komunii w różnorodności. A kiedy z powodu swego nieposłuszeństwa człowiek oddalił się od Boga, Bóg w swoim miłosierdziu zechciał zaproponować drogę pojednania: nie jednostkom, ale całemu ludowi, owemu „my”, które miało zawierać w sobie całą rodzinę ludzką, wszystkie narody.” Taki jest Boży plan wobec nas. Temu planowi służy Boże prawo. Każda izolacja od drugiego, każdy partykularyzm, każdy egoizm, także narodowy i katolicki (sic!) jest realizowaniem swojej, nie Bożej woli. I z pewnością nie służy dobru wspólnemu. Oczekuję od Kościoła, że będzie świadkiem Boga w swoich słowach i (przede wszystkim) swoich działaniach, wobec wszystkich ludzi na ziemi. Oczekuję, że będzie się upominał o każdego człowieka i każdego człowieka będzie szukał. Oczekuję, że będzie w tym wolny na tyle, by dostrzegać każde dobro i każde zło, niezależnie czy pojawia się po stronie opozycji, władzy, czy na przykład biznesu. Niezależnie, czy na tym po ludzku zyska, czy straci. Inny Kościół nada się tylko do tego, by zostać podeptany przez ludzi i spłonąć wśród plew. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
May 8, 2021
4 min
W skali świata
Dzisiejszy komentarz ciągle w temacie szczepionkowym. Trzeba, żebyśmy mieli dobrą świadomość sytuacji, w której jesteśmy jako świat. Tak: świat. Nie tylko Polska, nawet nie Europa. Obecna pandemia powinna uświadomić nam, jak bardzo dziś jesteśmy powiązani i jak bardzo nasz los zależy od tego, co dzieje się np. w Afryce, Indiach czy Brazylii. Trzeba mieć nieustanną świadomość: wirus, który się mnoży, który zakaża kolejne osoby, to wirus który mutuje. Każda kopia to szansa na mutację. Jeśli chcemy wrócić do względnej normalności, trzeba żeby nowych zakażeń było jak najmniej w skali świata. Najlepiej wcale, ale to pewnie możliwe nie będzie. Jeśli pozostaną na świecie rezerwuary wirusa, za chwilę on do nas powróci. Być może w formie, która będzie omijała naszą świeżo wytworzoną odporność. Dziś rano przeczytałam informację, że w Afryce wykryto wariant wirusa, który ma 34 mutacje, w tym 14 potencjalnie wpływających na rozpoznanie go przez przeciwciała szczepionkowe. Nie mamy gwarancji, że jakaś kolejna mutacja nie wymknie się całkiem spod świeżo osiągniętej kontroli. Jedyną szansą jest odporność populacyjna w skali świata. To znaczy: szczepienia muszą dotyczyć także terenów biednych, zaniedbanych, nierzadko gęsto zaludnionych. Regionów świata, których na szczepienia nie stać. Którym trzeba je podarować. Ważne, by były skuteczne i bezpieczne: takie same, jakie stosujemy u siebie. Nie chodzi o pseudodobroczynną fikcję. To najlepsza, najbezpieczniejsza dla nas wszystkich droga. Oczywiście, mogę sobie wyobrazić zablokowanie możliwości podróżowania osobom nieszczepionym. Oczywiście, mogę sobie wyobrazić nawet rodzaj kordonu sanitarnego i mury między naszym i „ich” światem. Technicznie jest to możliwe, choć zapewne nie w pełni skuteczne. Ludzie, podkarmieni przez polityków już nie tylko strachem przed terrorystami, ale i groźnymi wirusami, pewnie się zgodzą. Mogę to sobie wyobrazić. Mogę sobie wyobrazić nawet eksterminację tych, którzy ośmielą się bariery przekroczyć. Eksterminacja nie jest w końcu zjawiskiem dziwnym w historii naszego świata. Mogę to sobie wyobrazić. Nie mogę się na to zgodzić. Jako człowiek i jako chrześcijanka. Papież Franciszek w ostatnich dniach po raz kolejny przypomniał, że uodpornienie ludzkości poprzez szczepionkę przeciw Covid-19 powinno być traktowane jako dobro wspólne, do którego należy zapewnić dostęp wszystkim, zwłaszcza najbardziej bezbronnym i potrzebującym. Trzeba, żebyśmy o się o to konsekwentnie upominali wszyscy. Tu nie może być kompromisów i dbania najpierw o siebie. Wrócę jeszcze na moment do „paszportów szczepionkowych”. Można na nie patrzeć z różnych perspektyw. Z perspektywy kraju, w którym niezaszczepieni zostaną tylko ci, którzy naprawdę nie mogą oraz ci, którzy nie chcą i z perspektywy kraju, w którym realna dostępność szczepień jest żadna. Nie mam nic przeciw gratyfikowaniu zaszczepienia, jeśli ewentualne nieszczepienie się będzie wynikiem osobistego wyboru. Jestem natomiast przeciw dyskryminacji. „Paszporty szczepionkowe” nie powinny nigdy stanowić wymogu, bez którego jakieś działanie jest niemożliwe. Mogą jedynie je ułatwiać. Być może w ograniczonej czasowo perspektywie. Pomysł wymaga z pewnością uważnego nadzoru i przyglądania mu się także np. z perspektywy krajów afrykańskich czy południowoamerykańskich. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Apr 24, 2021
3 min
Próba nacisku
W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z zamieszaniem w ważnej kwestii etycznej. Najpierw pojawiło się stanowisko przewodniczącego Zespołu ds Bioetyki KEP w sprawie godziwości stosowania niektórych szczepionek. Dowiedzieliśmy się z niego, że (cytuję): „katolicy nie powinni godzić się na szczepienie tymi szczepionkami, gdyż istnieją inne […] które nie budzą wiążących sumienie zastrzeżeń moralnych.” Chyba że (to również cytat): „nie mają możliwości wyboru innej szczepionki i są wprost zobligowani określonymi uwarunkowaniami”. Osoby takie powinny jednak „w możliwy dla nich sposób manifestować swój stanowczy sprzeciw […] na przykład pisząc listy sprzeciwu do instytucji sprowadzających lub dystrybuujących tę szczepionkę, czy też do przełożonych”. Na konferencji prasowej autor dokumentu się nie pojawił. Stanowisko prezentował ks. prof. Piotr Kieniewicz, członek Zespołu. Zapytany, czy KEP będzie apelować do rządu o wycofanie omawianych szczepionek odpowiedział (znów cytat): „My odpowiadamy, że proces produkcji tych dwóch preparatów nie jest dobry. Natomiast decyzja o tym, czy zostanie on wprowadzony na polski rynek i czy zostanie przyjęty przez konkretnych ludzi należy najpierw do osób decydujących, a więc do rządu, a ostatecznie do konkretnych ludzi. Wiedza o tym, czy coś jest dobre, czy nie, powinna być wystarczająca co do tego, jaką decyzję ktoś podejmie.” Nie da się tych wypowiedzi zrozumieć inaczej, niż jako próby wywarcia nacisku zarówno na rządzących, jak i na poszczególnych wiernych. Taką intencję potwierdza również wywiad udzielony przez ks. Kieniewicza Agnieszce Huf, w którym mówi on: „kryterium etyczne będzie brane pod uwagę dopiero wtedy, kiedy odbiorcy końcowi zaczną się tego domagać. Powinniśmy wywierać nacisk na to, jakie preparaty są sprowadzane do Polski, jakie są oferowane naszym obywatelom.” I chwilę później pyta retorycznie: „kiedy będzie właściwy czas na wywieranie tej presji – jak już wszyscy będziemy wyszczepieni?” Dokument wywołał burzę. Słusznie, jako że sugerował działania nieetyczne. Okazało się też, że część członków Zespołu nie wiedziała, że takie stanowisko powstaje. Ks. prof. Andrzej Muszala wydał w tej sprawie własne oświadczenie. Napisał m.in.: „W obecnej sytuacji pandemii jest wręcz nakazem sumienia, by uchronić siebie jak i innych przed transmisją zabójczego wirusa COVID-19.” Podsumowując: w mojej ocenie mieliśmy do czynienia z dość obrzydliwą (a może tylko bezmyślną?) próbą wywarcia nacisku na rząd, przy wykorzystaniu zaufania wiernych i autorytetu zespołu ekspertów. Nie mam pewności, kto za to odpowiada. Wiem, że w moich oczach utracił wiarygodność jako ekspert. Nikomu nie odmawiam prawa do błędu. Ale oczekuję, że jeśli go popełni, będzie potrafił to przyznać, nie robił z ludzi idiotów. Pozostały jeszcze dwie kwestie. Po pierwsze: czy rząd powinien owe nieetyczne szczepionki zamawiać? Jestem przekonana, że jedynymi kryteriami na tym etapie powinny być jakość i dostępność. Przypominam: szczepionek mamy generalnie ciągle za mało. A im szybciej osiągniemy odporność populacyjną, tym więcej ludzi przeżyje. Drugi aspekt całej sprawy poruszył podczas prezentacji stanowiska prof. Andrzej Kochański. Powiedział, że biorąc pod uwagę presję czasu, jaka towarzyszyła tworzeniu szczepionek, te linie komórkowe nie miały poważnej alternatywy. To znaczy, że gdyby powstrzymano się przed ich użyciem być może jeszcze byśmy szczepionek nie mieli. Tych lub nawet żadnych. Czy nie należy uznać, że również producenci mogli działać w sytuacji przymusowej? To wszystko nie zwalnia nas z konieczności wywierania nacisku na stworzenie alternatyw, tak abyśmy nigdy już nie musieli z linii komórkowych pochodzenia płodowego korzystać. Prof. Kochański wyraził w trakcie konferencji nadzieję, że już niebawem takie alternatywy się pojawią. Może sensowniejszą niż protest formą byłby nacisk na dofinansowanie prowadzonych w tym kierunku badań? --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Apr 17, 2021
4 min
Powróćmy na ziemię
[dziś tylko fragment tekstu - całość się niestety nie zmieściła...] Czy katolik może się szczepić Astrą Zenecą, czy ma obowiązek szukać Pfizera lub Modeny? Uważam, że nie tylko może, ale powinien. Uważam także, że Zespół ds Bioetycznych Episkopatu błędnie - zbyt legalistycznie - ocenia rzeczywistość, a opublikowane stanowisko jest przez to szkodliwe. Może bowiem zwiększyć i tak zbyt dużą liczbę osób, które szczepić się nie chcą. Nota Kongregacji Nauki Wiary przypomina ogólną zasadę: moralny obowiązek unikania odległej biernej współpracy materialnej nie jest wiążący, jeśli istnieje poważne zagrożenie. Takie zagrożenie bez wątpienia istnieje. Tylko w dniu, w którym piszę ten tekst, i tylko w Polsce zmarło ponad 800 osób. W ciągu roku blisko 60 tysięcy. Przypomnę, choć wszyscy to wiemy: zarazić się można od osoby niemającej żadnych objawów, nieświadomej tego, że stanowi zagrożenie. Jedyną szansą na ograniczenie szerzenia się wirusa jest wytworzenie tzw. odporności stadnej. Możliwe jest to dzięki szczepieniom. Im szybciej zostanie wyszczepiona odpowiednia liczba osób tym lepiej. Zwłaszcza dla tych, którzy zaszczepieni - z racji stanu zdrowia - być nie mogą. Szczepionek mamy coraz więcej, dostęp do nich jest jednak wciąż reglamentowany. To znaczy, że mamy ich zbyt mało. Szczepimy najbardziej zagrożonych i tych, którzy muszą kontaktować się z innymi, zatem po pierwsze, sami są narażeni, po drugie, mogliby stanowić zagrożenie dla tych, z którymi się stykają. Nie, nie jest możliwe całkowite zerwanie kontaktów społecznych i rodzinnych. Jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy siebie nawzajem. To nie jest sytuacja, w której mamy nadmiar szczepionek i możemy wybierać, które preparaty kupujemy jako państwo i z których korzystamy jako obywatele. To jest sytuacja: dla dobra wszystkich, a zwłaszcza najsłabszych, bierzemy to co jest wystarczająco dobre z medycznego punktu widzenia, bo w przypadku tak poważnego zagrożenia epidemicznego obowiązek ochrony życia ludzi przeważa nad obowiązkiem unikania odległej, biernej i materialnej współpracy w złu. Swoim życiem wolno mi ryzykować. Ale tu nie chodzi tylko, a może nawet nie przede wszystkim o moje życie. Wybierać będę wtedy, gdy dążenie do mojej „czystości moralnej” dla nikogo nie będzie powodowało zagrożenia. Dlatego powtórzę za Kongregacją: w obecnej sytuacji można ze spokojem sumienia używać wszystkich dostępnych szczepionek. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Apr 14, 2021
5 min
Z przepaści
Trwamy w pandemicznym kotle od ponad roku. Od ponad roku próbujemy prowadzić w miarę normalne życie w nienormalnym czasie. Tkwimy w zawieszeniu, czekając na koniec, po którym powinno przecież znowu być jak wcześniej. Jak zawsze. Tymczasem najwyższy już czas, by zacząć myśleć, co będzie po pandemii. W jakim świecie się znajdziemy? Jakie będą jego główne problemy? Co możemy zrobić już dziś, z myślą o jutrze? Te pytania bardzo mocno powinien postawić sobie Kościół: zarówno wspólnota jak i instytucja. Kiedy kruszą się przyzwyczajenia pojawia się pytanie o sens. Po co to robię? Co to dla mnie znaczy? Czego potrzebuję? A może: czego nie potrzebuję? A może żyjąc po nowemu czuję się lepiej? Niedawno trafiłam w necie na wpis o treści: Nie świętuję! To znaczy: nie myję okien, nie sprzątam, nie gotuję… itd. Pod wpisem mnóstwo wspierających komentarzy. Święto dla tych ludzi jest męczącym zwyczajem, który właśnie porzucili. Cóż. Porzucaniu męczącego zwyczaju chętnie przyklasnę. Martwi mnie, że nie widzą już pod nim żadnej treści. Żadnego powodu do radości. Sposób świętowania jest rzeczą wtórną, jeśli się wie, co się świętuje. Nie, to nie pandemia będzie winna, że część ludzi do starych zwyczajów nie wróci. Ona tylko odsłoni pustkę tam, gdzie powinna być radość, nadzieja i wiara. Może to dobrze, że odsłoni? Może to dobrze, bo pokaże prawdę? Nie tylko prawdę o nich, ale przede wszystkim o nas, którzy podobno wiemy, rozumiemy i wierzymy… Czy w ogóle chce nam się szukać tych, którzy zaginęli? Czy nam na nich zależy? A może bez nich wygodniej? Stawiali przecież trudne pytania, formułowali zarzuty, o których w tej sytuacji możemy zapomnieć… Doprawdy? W sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich - pisał święty Paweł. Takiej postawy nie da się wymagać. Ale „krzyżyk na drogę” i zajęcie się swoimi sprawami nie jest postawą chrześcijańską. Nasi bracia nie mogą nas nie obchodzić. Nawet jeśli nie potrafimy ich zatrzymać, nawet jeśli nie mamy prawa ich zatrzymywać - są przecież wolni - nie możemy o nich zapomnieć. Nigdy. Myślę, że trudno dziś o wielki plan. O wieloletnią strategię. Ale z pewnością możliwe jest wykonanie jednego, najbliższego kroku naprzód. Czy okaże się trafiony? Pewnie nie w pełni. Pewnie będzie wymagał korekt. Pewnie kolejne kroki nie będą łatwe. Może nawet trzeba będzie się zatrzymać, rozejrzeć, poczekać, może cofnąć odrobinę. Ale nie ma innego sposobu, niż zaufać Bogu i wyruszyć w drogę. W górę. Ona i tak nas czeka. Pytanie tylko, z jak głębokiej przepaści będziemy wychodzić. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Apr 10, 2021
3 min
Nudna mistyka
Ostatni tydzień to napływające kolejne informacje o działaniach o. Pawła Malińskiego: w kolejnych duszpasterstwach, a gdy nie mógł ich już oficjalnie prowadzić, wobec kolejnych osób uwiedzionych „na mistykę” i „głębię duchową”. Uwiedzionych - dodam - nie tylko w wymiarze seksualnym. W miarę napływu informacji coraz bardziej wydaje się, że nie chodzi tylko o działania jednego zakonnika, ani nawet jego przełożonych, ale problem może być głębszy i mieć zakorzenienie teologiczne. Ciągle zbyt mało wiemy o teologii mistycznej o. Marie-Dominique Philippe’a, dominikanina, w przypadku którego przygotowania do procesu beatyfikacyjnego przerwała informacja o nadużyciach duchowych i seksualnych. W Polsce jego teologia była - jak się okazuje - całkiem popularna. Jakie jej owoce i gdzie jeszcze się ukażą? Czy doczekamy się merytorycznej jej oceny, dostępnej dla przeciętnego człowieka? Czy można liczyć, że Kościół przyjrzy się jej wpływowi na działania duszpasterskie? Bardzo bym chciała. Ale - niestety - wątpię, że tak się stanie. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Pozostaje zatem pytanie, jak kształtować ludzi, by byli odporni na podobne manipulacje? Jak zaszczepić w nich zdolność krytycznej oceny? Jak sprawić, by nie poddawali się kulturze wyjątkowości i tajemnicy? Trzeba powiedzieć: tajemnica pociąga, a nadnaturalna wiedza jest zwyczajnie modna. Ludzie powołujący się na bezpośredni kontakt z Bogiem otoczeni są gronem wielbicieli (by nie powiedzieć: wyznawców). Pewnie trudno się dziwić. Znacznie łatwiej wierzyć w niedostępne bóstwo, niż w Boga, który nie tylko przyszedł do człowieka, ale stał się człowiekiem. W Boga, który był i jest dostępny. W Boga, który przychodzi i do którego można przyjść, a nie osiągać Go za pomocą wymyślnych metod. Cóż to za Bóg, tak bliski? Cóż to za Bóg, tak codzienny? Mistyka to nie coś wyjątkowego, ale codzienne doświadczenie życia chrześcijańskiego. Tak codzienne, że aż „normalne”. Czy to nie wydaje się… nudne? A jednak… Jeśli ktoś proponuje Ci wyszukane drogi dla wybranych, uciekaj. To nie jest chrześcijaństwo. Jeśli nie możesz mówić o swoich doświadczeniach, uciekaj. „Nie ma nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć.” I w końcu najważniejsze i zarazem być może najtrudniejsze do przyjęcia: „Gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy - niech będzie przeklęty!”. Ostatecznie trzeba pamiętać: żadne przesłanie mistyczne nie jest obiektywne. Jeśli nawet wydaje mi się, że Bóg do mnie mówi, to jeszcze nie znaczy, że to co słyszę w sercu jest Jego głosem. Nawet jeśli pominąć kuszenia szatańskie, oczywiście możliwe, wchodzi w grę po prostu projekcja własnych emocji i pragnień. Moich lub kogoś, komu chcę zaufać. Jeśli „głos z nieba” ma być ważniejszy niż nauczanie Kościoła, uciekaj. Kimkolwiek by nie był ten, kto głosi, nie głosi Boga. Nawołuję do ograniczonego zaufania? Tak. Wprawdzie każdy na pewnym etapie potrzebuje przewodników, ale nie można zapominać o ostrzeżeniu Jezusa: „Nie chciejcie, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus.” I on jest jedyną drogą do Boga. Zainteresowanym bardzo polecam dwie serie wykładów zaginionego ks. Krzysztofa Grzywocza: „Mistyka chrześcijańska” oraz „Patologie duchowości”. To naprawdę świetna szczepionka. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Mar 27, 2021
3 min
Minimum stanowi równość
Wracam do papieskiej pielgrzymki. A dokładnie: do konferencji prasowej na pokładzie samolotu. Franciszek mówił tam o prawie do migracji. Wspomniał wówczas o wypowiedzi pewnego włoskiego socjologa, sugerującego, że za czterdzieści lat konieczny będzie we Włoszech <import> pracowników (a zarazem: podatników, płacących na nasze emerytury.) Jest dla mnie coś niepokojącego w tym sformułowaniu, nawet jeśli słowo <import> weźmie się w cudzysłów. Importować można bowiem towary, nie ludzi. Jeśli importuję towar, kieruję się jedynie własną potrzebą. Tylko mój los mnie interesuje. Ale człowiek nie jest - i nie może być - towarem. Nie mogą nie interesować mnie jego potrzeby. Nie mogę pomijać warunków, w których żyje, i w których pracuje. Nie może nie interesować mnie jego integracja i jego rozwój. W Polsce również potrzebujemy ludzi do pracy. Obcokrajowców jest coraz więcej. Coraz częściej na ulicach czy w sklepach słychać charakterystyczny śpiewny akcent. Dobrze, że ci ludzie są, dobrze, że znajdują pracę, dobrze, że tu zakładają rodziny. Pytanie: jak są traktowani? Czy uważamy ich za jednych z nas? W kontekście dialogu międzyreligijnego - kilka pytań wcześniej - papież mówił o braterstwie i równości. To, co powiedział, ma zastosowanie do wszelkich relacji między ludźmi i między społecznościami. Powinniśmy widzieć w drugim człowieku brata. Ale minimum stanowi równość. Nie możemy zejść poniżej równości. Nigdy. Tymczasem robimy to nieustannie. Nieustannie uważamy siebie za ważniejszych, a reszta świata nas nie interesuje. Jeden z trudniejszych przykładów takiej postawy to kwestia szczepień. Mamy epidemię i kolejny lockdown. Tymczasem chcielibyśmy już żyć normalnie, a drogą do tego są szczepienia. Istnieje pokusa, by wszelkimi dostępnymi środkami zadbać o siebie. Niektóre państwa zresztą tak zrobiły i nadal robią, co nie było i nie jest dla nas korzystne. Ale jedyny wniosek, jaki słyszę, to: wziąć z nich przykład. Zapewnić swoim obywatelom dostęp do szczepionek. Od tego mamy państwo! Co z tymi, których nie stać? Nie nasz problem. Tak, to bardzo trudne. Ale właśnie w takich sytuacjach weryfikuje się nasze chrześcijaństwo. Musimy od początku myśleć też o innych. Nawet wtedy, gdy obok są tacy, którzy myślą tylko o sobie. Trudno. My odpowiadamy za to, co my robimy. Jesteśmy braćmi. A jeśli to zbyt trudne, to przynajmniej: jesteśmy równi. I nasze decyzje, a także nasze słowa, powinny o tym świadczyć. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Mar 20, 2021
2 min
Notatki papieskie
Podróż apostolska papieża Franciszka do Iraku to wiele poruszonych tematów, dotyczących nie tylko tego kraju, ale i całego świata. Wybiorę tylko jeden wątek: braterstwa i pokoju, i jedno przemówienie, wygłoszone podczas spotkania międzyreligijnego w Ur. Posłuchajcie fragmentów: Bóg jest miłosierny, najbardziej bluźnierczym wykroczeniem jest profanowanie Jego imienia poprzez nienawiść do brata. [Abraham] wyrzekając się swojej rodziny, stał się ojcem rodziny narodów. Coś podobnego dzieje się także z nami: w naszym pielgrzymowaniu jesteśmy wezwani do pozostawienia za sobą tych więzów i przywiązań, które, zamykając nas w naszych własnych kręgach, nie pozwalają nam zaakceptować bezgranicznej miłości Boga i postrzegać innych jako braci. Nie będzie pokoju tak długo, jak długo inni to będą oni a nie my. Nie będzie pokoju tak długo, jak długo sojusze będą zawierane przeciwko komuś, ponieważ sojusze jednych przeciwko drugim jedynie zwiększają podziały. Od czego zatem może rozpocząć się droga do pokoju? Od wyrzeczenia się posiadania nieprzyjaciół. Kto wierzy w Boga, nie ma wrogów, których musiałby zwalczać. […] Ten, kto podąża drogami Boga, nie może być przeciwko komuś, lecz dla wszystkich. Nie może usprawiedliwiać żadnej formy dyktatu, ucisku czy przewrotności, nie może przyjmować postawy agresywnej. Myślę o tym, co dzieje się w naszym kraju i w naszym Kościele. Myślę o tym, co dzieje się dziś między katolikami, już nawet o członkach innych wyznań i religii nie wspominając. Myślę o odmienianym przez wszystkie przypadki słowu „kryzys”, z którego przecież wszyscy szukamy wyjścia. Każdy po swojemu, każdy osobno, dobrze jeśli nie przeciw drugiemu, a tylko obok. Tak, wszyscy chcemy dobrze. Ale dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Także to nasze codzienne piekiełko, w którym czasem już trudno wytrzymać, ma z nich solidną podmurówkę. Jeśli chcemy coś zrobić naprawdę, nie tylko czuć się jedynymi zbawcami kraju czy Kościoła, musimy posłuchać papieża i wyjść z własnego kojca. Kryzys oznacza zmianę. Na lepsze lub na gorsze. Tak samo, jak było, już nie będzie. Być może niektórzy się jeszcze łudzą. Być może boją się: nie znają innych dróg. To naturalne, że nie wiemy, jak. To naturalne, że szukamy po omacku. Jesteśmy jak niewidomi. Ale przecież Bóg obiecał, że sprawi, że właśnie niewidomi pójdą po nieznanej drodze, że powiedzie ich ścieżkami, których nie znają, że ciemności zmieni przed nimi w światło. Tylko czy jego droga nie wydaje się nam zbyt absurdalna, by nią pójść? Czy nie wydaje się nam ciągle, że widzimy lepiej? Tak, między nami zapewne wiele się wydarzyło. Kryzys nie wziął się znikąd. Jego bazą jest wiele nieporozumień, błędów i krzywd. Wiele głębokich, ciążących dziś ran. Ale mimo wszystko nie ma innej drogi niż zaryzykować i wyjść. Niż zacząć od nowa. Razem. A to „razem” zaczyna się od siebie. Zawsze. Jeśli będziemy czekać na innych, nic się nie wydarzy. Po prostu nie zaczniemy. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Mar 8, 2021
3 min
NIkt nie chciałby być tak traktowany
W dzisiejszym podcaście wracam do tematu podmiotowości. Na innym tym razem przykładzie. Na przełomie roku opinię publiczną poruszyła historia Polaka mieszkającego w Wielkiej Brytanii, u którego zdecydowano się nie kontynuować sztucznego żywienia i nawadniania. Nie chcę teraz omawiać szczegółów sprawy; szeroko pisałam na ten temat w 6. numerze Przewodnika Katolickiego. Najkrócej: niezależny ekspert, badający pacjenta na polecenie sądu, stwierdził, że utrzymanie stosowanego poziomu leczenia (czyli żywienia i nawadniania) mogłoby oznaczać przeżycie nawet pięciu lat lub dłużej, tyle że najprawdopodobniej bez lub z minimalną świadomością. W takich sytuacjach Kościół mówi, że należy postępowanie utrzymać. Brytyjczycy zdecydowali inaczej. Dlaczego? Zacznijmy od podstaw: każda procedura medyczna, także u nas w kraju, wymaga wyrażenia zgody. Najczęściej wychodzi się z założenia, że skoro ktoś po pomoc przychodzi i nie zgłasza sprzeciwu, to zgodę na leczenie wyraża. Przy procedurach nieco bardziej ryzykownych lub obciążających wymagana jest forma pisemna. Zawsze (!) pacjent powinien być informowany co robimy, dlaczego, i jakie to może mieć skutki. Zawsze też może zgody na leczenie nie wyrazić. Czasem to robi. Zazwyczaj nie "z głupoty", ale dlatego, że inne wartości są dla niego warte ryzyka, które podejmuje. Co, jeśli chory zgody wyrazić nie jest w stanie? Brytyjczycy wprowadzili prawo, które zobowiązuje lekarzy do próby ustalenia domniemanej woli pacjenta i jego najlepszego interesu, rozumianego w najszerszym znaczeniu, nie tylko medycznym, ale także społecznym i psychologicznym. W Polsce w takiej sytuacji procedurą rutynową jest ubezwłasnowolnienie, pozwalające wyznaczyć osobę decydującą w imieniu chorego i dla jego dobra. Wariant brytyjski kładzie nacisk na podmiotowość. Poważną jego wadą, nawet pomijając kwestie światopoglądowe, jest jednak wątpliwość, czy jesteśmy w stanie wiarygodnie ustalić, co myślałby człowiek, gdyby mógł ocenić swoją sytuację. Czy nasze wnioskowanie na podstawie przypadkowych często wypowiedzi, wypowiadanych w skrajnie innej sytuacji, może być wystarczająco pewne? Polski system dla odmiany podmiotowość właściwie gubi. Dodatkowo: osoby pozbawione świadomości lub możliwości kontaktu nierzadko niestety bywają traktowane w sposób daleki od ludzkiego. Nikt z nas nie chciałby znaleźć się na ich miejscu. I nikt nie chciałby być tak traktowany. Zdziwiłabym się, gdyby w tej sytuacji popularność brytyjskich rozwiązań mimo wszystkich naszych wysiłków i ważnych argumentów nie rosła. To kolejny, po aborcji, przykład. Tym razem z zupełnie innej dziedziny. Można przytaczać kolejne. Walczymy z kulturą śmierci, walczymy z ideologiami, pokrzykujemy i mnożymy zakazy, kompletnie ignorując punkt uchwytu, którymi są: potrzeba wolności, a zatem decydowania o sobie, i potrzeba zachowania godności. Słuchają nas tylko przekonani. Nie, nie nawołuję do kapitulacji wobec żadnego z tych zjawisk. Proponowałabym jednak zmienić sposób myślenia i działania. Stosowany obecnie jest i będzie coraz bardziej przeciwskuteczny. hZa tydzień pierwsza od ponad roku papieska wizyta zagraniczna. Od piątku 5 marca do poniedziałku 8 marca Franciszek będzie przebywał w Iraku. Kolejny podcast chciałabym poświęcić tej wizycie, zatem pojawi się dopiero w poniedziałek. Już dziś zapraszam. --- Send in a voice message: https://anchor.fm/joanna-m-kociszewska/message
Feb 27, 2021
3 min
Load more